
O tym, jak nie kłócę się z mężem
Wiadomo, wiadomo, tytuł ma być przyciągający. Ale czy ja w ogóle się kłócę z mężem? Pewnie, że tak, ale na przestrzeni lat nasze kłótnie zmieniły się zasadniczo. Chyba powiedziałabym w skrócie, że wyewoluowały od bardzo emocjonalnych, do bardziej racjonalnych 🙂 Jeżeli nie jest to pierwszy tekst, który tu czytasz to być może natknęłaś się już na informację, że kiedyś dzień bez awantury, to dzień stracony. A dziś? Czasem śmiejemy się, że dawno się nie pokłóciliśmy, to coś by trzeba wymyślić. Wiadomo, czasem mamy lepsze, czasem gorsze dni. Ale miało być o tym jak się nie kłócę, więc do rzeczy – przyjrzyjmy się jak to robię 🙂
Zacznę od tego, że bardzo wierzę w to, że między mężem i żoną, oprócz miłości, powinna być też głęboka przyjaźń. Czyli taka przestrzeń, że mogę stanąć „golutka” i powiedzieć „taka jestem: tego nie wiem, tego nie umiem, z tym sobie nie radzę…”, a mąż mówi „ok, kocham Cię”. Nikt tak dobrze mnie nie zna, jak mój mąż i nikt tak dobrze nie zna mojego męża, jak ja. Z jednej strony to wielki przywilej (choć powiem, że budowanie tej przestrzeni naprawdę zajęło nam lata i wcale nie było łatwe), a z drugiej – wielka odpowiedzialność. Bo nikt nie wie, tak dobrze jak ja, co powiedzieć, żeby dotknąć go do żywego. I, nie daj Boże, to zrobić. Ta przestrzeń przyjaźni ma być „miejscem” budowania naszego wzajemnego zaufania, bliskości i bezpieczeństwa. Jest wobec tego bardzo krucha, bo my w środku tacy jesteśmy. Zatem – jeśli użyłabym tej wiedzy przeciw mojemu mężowi, to zamiast budowania zaufania będę mieć gruzowisko zaufania. Tego nie chcę! A jak to się ma do kłótni? Otóż, czasami, w chwili słabości, możemy chcieć tak bardzo odegrać się na mężu, że aż powiemy coś wyjętego właśnie z naszej strefy zaufania. Jeżeli to zrobię, to droga odbudowy naszego zaufania może być bardzo trudna, a tego przecież nie chcemy. Zatem wniosek pierwszy – nie nokautuję męża jego słabościami!
Wniosek drugi – wybaczam! Wiele razy zdarzyło się i wiele jeszcze razy przed nami, kiedy sprawimy sobie przykrość, powiemy coś niefajnego, a czasem nawet bardzo dotykającego. Tacy jesteśmy, tacy są ludzie. Oczywiście, nie mam na myśli usprawiedliwiania bezmyślnego ranienia się wzajemnie. Zakładam, że mamy w małżeństwie dobre intencje wobec siebie. Czasem po prostu tak wychodzi… Dawno temu, pewnie gdzieś koło początków znajomości z moim mężem, choć nawet nie pamiętam dziś szczegółów, postanowiłam, że w naszym związku nie będzie wypominków. Na pewno znasz ten sposób kłótni – coś się zdarzyło i otwiera się worek z napisem „a Ty mi…” i wypominki, co to Ty mi nie zrobiłeś przez ostatni rok, a może i dalej. Jeżeli zdarzają się takie kłótnie w Twoim związku, to załatwia to jedno proste zdanie: „ To nie listopad i nie wypominki. Będzie listopad, to opowiesz mi co było w ostatnim roku, teraz jest kłótnia na ten temat!” I nie mam też na myśli tego, że sobie w listopadzie robimy roczny przegląd krzywd i win. Chodzi właśnie o to, żeby wybaczać mężowi niedoskonałości, a nie zbierać na niego haki, pamiętając, że same też nie jesteśmy idealne.
Niedawno ktoś zadał nam pytanie o to, czy się kłócimy. Spojrzeliśmy na siebie z uśmiechem i powiedzieliśmy, że teraz to już właściwie nie. Jak tak się zastanowię nad tym, to wyróżniłabym dwa rodzaje kłótni. Pierwszy bierze się z emocji, a drugi z różnic zdań w jakimś temacie. Czasami, rzecz jasna, oba rodzaje nam się przenikają. Chodzi jednak o to, że czasami nie ma wyraźnej różnicy zdań, która byłaby powodem kłótni, a są po prostu nieupilnowane emocje. A czasami mamy odmienne zdania na jakiś ważny temat, dochodzą do tego emocje i wtedy jest poważniejsza sprawa. Jeżeli chodzi o nas, to my jesteśmy raczej zgodni co do tego, co myślimy, jeżeli zaś chodzi o emocje to… bywa rożnie 🙂 Kilka lat temu mięliśmy taką jedną kłótnię, gdzie była duża różnica zdań i bardzo dużo emocji. Skończyło się rozbitym talerzem. Oprawiłam go mężowi w ramkę – na pamiątkę. Wisi w przedpokoju. A tak swoją drogą, to było dość interesujące doznanie. Wracając jeszcze do tego rozróżnienia na kłótnie z emocji i z różnicy z dań, to dodałabym, że w obu przypadkach należy uwagę zwrócić na co innego. Emocjonalnym kłótniom należy przyjrzeć się pod kątem właśnie tych emocji, skąd one się biorą i co nam mówią (więcej TU). Nad emocjami można i należy nauczyć się panować, do czego bardzo, bardzo serdecznie zachęcam. Natomiast odnośnie tych kłótni z różnicy zdań, to myślę, że warto zadać sobie pytanie, czy ta różnica jest naprawdę istotna, bo może dotyczyć czegoś naprawdę małego, ale w grę wchodzą emocje, więc patrz wyżej. Może jednak być tak, że różnica zdań jest poważna, w ważnym temacie. Wtedy trzeba naprawdę dobrze popracować z sytuacją, żeby nie przerodziła się w coś poważniejszego. Warto nawet poprosić kogoś o bycie bezstronnym mediatorem, ale naprawdę bezstronnym. Chodzi o to, że czasami emocje, które zawsze będą się pojawiać w związku z ważnymi tematami, mogą bardzo utrudniać racjonalne spojrzenie na sprawę, a kiedy ktoś nas w tym wesprze, to może nawet okazać się, że mówimy o tym samym, tylko trochę inaczej, a tylko emocje nie pozwalały nam tego zobaczyć.
Ostatnio poznałam takie pojęcie jak uprowadzenie emocjonalne lub też porwanie emocjonalne. Wiele spraw się dzięki temu wyjaśniło. Uprowadzenie emocjonalne to taki stan, który określilibyśmy jako utrata kontroli nad sobą, wybuch złości lub coś podobnego. Cechą charakterystyczną jest to, że kiedy to minie, to sami określamy tę reakcję jako niewspółmierną do wydarzenia. Niekontrolowane wybuchy śmiechu to też rodzaj uprowadzenia emocjonalnego. Wynika to z budowy naszego mózgu, ale w to nie będę się teraz zagłębiać. Kluczowy jest fakt, że takie zjawisko istnieje. Co więcej, wtedy pewien obszar mózgu przejmuje kontrolę i odcina nas od racjonalnego myślenia. Chodzi mi tu o to, że czasami nie jesteśmy w stanie nad tym zapanować i z tego może wyjść niezłe halo. Tak piszę, na wszelki wypadek, jak byś była ciekawa, dlaczego czasem wrzeszczysz, a wcale nie chcesz…
Każdy z nas ma tak zwany mózg emocjonalny – to właśnie ten od uprowadzenia. Funkcjonowanie tego mózgu, w uproszczeniu, oparte jest o reagowanie na zagrożenie emocjonalne, np. obawa o utratę miłości. Należy zatem dbać o to, żeby nasze zbiorniczki na miłość (zobacz TU) były w miarę pełne, bo wtedy możemy skorzystać z tych zasobów i przypominać sobie, że „on mnie na pewno kocha, mam tego dowody, tylko teraz mamy chwilową kłótnię”. Dzięki temu, będziemy mogły zdać sobie sprawę, że ta sytuacja nie zagraża naszemu małżeństwu, przetrwamy to i rozwiążemy problem – nie wpadamy w panikę. Wniosek trzeci – dbam o swoje emocje i pełen zbiorniczek na miłość swój i męża.
Wniosek czwarty – nie walczę z mężem, a z problemem! Ostatnio bardzo zaciekawiło mnie to, że mój mąż powiedział do mnie, że ja to się dziwnie kłócę, bo wcale nie chodzi mi o to, żeby wygrać, a żeby rozwiązać problem. Na początku bardzo mnie to zaskoczyło, bo po pierwsze to dla mnie naturalne i nie wydawało mi się, że można mieć inaczej, a po drugie, to ciekawe co robię, że on to zauważył – co jest takiego nietypowego. Później zapytałam jeszcze kilka osób o to, jak się kłócą i okazało się, że faktycznie mój sposób jest raczej nietypowy 🙂 Dobrą metaforą do tego jest poniższy rysunek. Można walczyć ze sobą, a można stać obok siebie i walczyć razem z problemem.

Wniosek piąty – przepraszam. To chyba mój najsłabszy punkt, ale bardzo się staram. Ja w ogóle bardzo nie lubię stanu konfliktu, więc szybko wychodzę z inicjatywą pokoju. Może nie zawsze dosłownie ze słowem przepraszam, ale z propozycją zgody. Myślę, że to bardzo ważne, bo w emocjach to czasem zapominamy, że naprawdę się kochamy i nie chcemy się przecież kłócić, a jeśli doszło do uprowadzenia emocjonalnego, to tym bardziej nam głupio, więc warto zawalczyć o to pojednanie.
Gdybym miała podsumować co pomogło nam dojść tu, gdzie jesteśmy, czyli od niemal codziennych awantur do sporadycznych kłótni z emocji, to powiedziałabym, że pierwszym krokiem było dostrzeżenie faktu, że nasze życie nie musi tak wyglądać. Później było podjęcie decyzji, że chcę żyć lepiej – mniej kłócić się z mężem. Okazało się, że sporo tych konfliktów bierze się z emocji, a nad nimi można nauczyć się panować. W toku pracy nad sobą, nabraliśmy do siebie większego zaufania i dystansu. Zaczęliśmy więc więcej śmiać się z niektórych spraw, a nie denerwować na siebie wzajemnie. Ważna oczywiście była też poprawa komunikacji między nami (komunikat typu ja). I nieustanne wybaczanie sobie błędów. Teraz jak to piszę, to właśnie zastanawiam się nad tym, czy ja chowam jakąś urazę do mojego męża i nic mi nie przychodzi do głowy… To chyba dobrze, nie?
Tym, co najbardziej chciałabym Ci dziś przekazać jest to, że kłótnie będą się zdarzać, ale nie oznacza to od razu, że już nie ma miłości w naszym małżeństwie (ja też kiedyś tak się czułam – dziś wiem, że to tylko pewien mechanizm w moim mózgu, który nie przedstawia obiektywnej prawdy). Trzeba pracować nad tym, żeby było ich jak najmniej i z jak najmniejszymi skutkami ubocznymi. A jak to zrobić? Zachęcam Cię do pracy nad sobą, bo pamiętaj, że masz ogromy wpływ na męża – wiem to z doświadczenia 🙂 Bądź JESZCZE LEPSZĄ ŻONĄ!
A Ty jakie masz sposoby na nie-kłócenie się z mężem? A może jakaś rada, jak przepraszać?
A jeżeli uważasz, że ten artykuł może pomóc komuś w byciu JESZCZE LEPSZĄ ŻONĄ, to śmiało – podziel się nim!
źródło zdjęcia freepik.com




Jeden komentarz
Magdalena
W naszym przypadku było trochę odwrotnie. Wiadomo początki-okres kiedy spija się sobie z dziubków 🙂 byliśmy wtedy zgodni we wszystkim, nie kłóciliśmy się w ogóle, nie złościliśmy się na siebie, nawet zastanawiałam się czy z nami wszytko ok, bo było tak idealnie. 🙂 Czasami nawet denerwowało mnie, że mąż nie ma innego zdania i nie możemy ponegocjować 🙂 Był natomiast codzienny „rytuał” każdego wieczoru jak kładliśmy się już spać mówiłam do męża: „Przepraszam jeżeli w dniu dzisiejszym powiedziałam, bądź zrobiłam coś co mogło sprawić Ci przykrość, albo w jakiś sposób zranić.” On odpowiadał: „Ja też Cię przepraszam. Kocham Cię.” Potem był buziak i spać 🙂 W całej tej sytuacji chodziło o to, że czasami możemy coś zrobić lub powiedzieć i nieświadomie sprawić komuś przykrość. Dla nas może to być nic nie znaczące, a dla drugiej osoby bolesne, dlatego po prostu się przepraszaliśmy. 🙂
Z biegiem lat pojawiło się trochę nowych „trosk” problemów, przez które przechodzimy razem, no ale po 9 latach zdarzają nam się teraz różnice zdań jednak nie kończą się kłótnią. Kolejną zasadą, którą od zawsze się kieruje w związku to mówimy siebie szczerze jeżeli coś nam nie pasuje, coś nas boli lub po prostu mamy inne zdanie. Wtedy wymieniamy się argumentami o wspólnie znajdujemy najlpesze rozwiązanie. Emocje na pewno są, ale nie względem siebie tylko ewentualnej sytuacji.
U nas nigdy nie było problemu, żeby powiedzieć sobie „Przepraszam”, a nie zawsze było idealnie, przechodziliśmy przez różne problemy, ale wzajemnie się wspierając.
Jeżeli się kochamy to się nie kłócimy, bo nie chcemy na siebie krzyczeć i sprawiać sobie przykrości.